Polska ma najgłupszy system…

Polska ma najgłupszy system podatkowy w UE. Nigdzie bogaci nie płacą niższych stawek niż biedni

Owszem, gdzieniegdzie w krajach Unii funkcjonują podatki liniowe, czyli ludzie mało zarabiający i zamożni płacą jednolitą stawkę procentową. Ale systemu tak silnie regresywnego – z obciążeniami podatkowymi, które maleją wraz ze wzrostem dochodów – nie ma poza nami chyba nikt.

Gdy się przeanalizuje PIT-y Polaków z różnych grup dochodowych – oczywiście są to dane zbiorcze, anonimowe – wychodzi następujący obraz: nauczycielka z pensją trzy tys. zł brutto oddaje państwu 37 proc. swoich zarobków, natomiast prawnik z dochodem 20 tys. zł brutto – nieco ponad 20 proc. Aż dziwne, że obywatele na coś podobnego pozwalają.

Nikt tego Polakom nie powiedział, nie zapytał o zdanie, czy się zgadzają na taki układ. W środku cywilizowanej Europy osoba z pensją minimalną, której ledwie starcza na czynsz i jedzenie, musi oddawać 40 proc. państwu! A ktoś, kto jeździ po Warszawie terenówką za 300 tysięcy – 20 proc.

Tylko żeby mnie pan dobrze zrozumiał: to nie jest tak, że ktokolwiek ten zły system w Polsce zaplanował. Albo że „wstrętny Balcerowicz” chciał obedrzeć biednych ze skóry, a bogatym zrobić dobrze, i stworzył regresywny system podatkowy. To się zrobiło samo.

Do obecnej patologii dochodziło stopniowo przez 30 lat wolnej Polski. I cały czas brakowało całościowego spojrzenia na system podatkowy. Do czego on powinien służyć? Czy do niwelowania nierówności dochodowych, czy tylko do napełniania budżetu? Nigdy tej dyskusji w Polsce nie odbyliśmy.

Mamy silną grupę lobbingową biznesu, która od lat blokuje zmiany. Zwłaszcza likwidację raju podatkowego, którym de facto jest jednoosobowa działalność gospodarcza w obecnym kształcie. Największa korzyść dla zamożnych podatników to oczywiście ryczałtowe składki na ZUS.

PiS na początku kadencji zaczął przebąkiwać o zmianie systemu podatkowego i wprowadzeniu jednolitej daniny. PIT oraz składki miały być połączone w jeden podatek. Jasne było, że będzie to danina proporcjonalna do dochodu, czyli zamożni musieliby płacić więcej. I zaczęła się krucjata. „Rzeczpospolita” codziennie bombardowała czytelników cyklem „walczymy o rozsądne podatki”. O ile pamiętam, w żadnej gazecie nikt nie napisał, że obecny system niszczy osoby najsłabsze na rynku pracy, mające niskie kwalifikacje. Bo z powodu horrendalnego 40 proc. obłożenia ich pensji dostają część pieniędzy pod stołem. Albo są wypychani na umowy cywilnoprawne. Nasz regresywny system podatkowy powoduje ogromny koszt społeczny i jest główną przyczyną słabej jakości miejsc pracy w Polsce.

Polski rynek pracy to dwa osobne światy, które nawet nie wiedzą o swoim istnieniu. Pierwszy to świat pracy w dużych miastach, korporacjach, gdzie warunki zatrudnienia są w miarę dobre, a jeśli istnieją problemy, to z utrzymaniem równowagi między pracą i życiem osobistym. Drugi to świat pracy w małych firmach i w małych miejscowościach, na wsiach. Byłem przerażony skalą płacenia pod stołem, każda osoba z mojego pokolenia jest w stanie wymienić w swoim otoczeniu kogoś, kto – owszem – ma jakiś niby etat, ale dostaje dużą cześć pensji nieformalnie. Prawdopodobnie możemy to liczyć w milionach pracowników.

Społeczeństwa ze złymi podatkami i złym rynkiem pracy są po prostu gorsze, pod powierzchnią często kipi dużo niechęci między tzw. klasą ludową a klasą średnią.

Minister Teresa Czerwińska chyba przeczytała mój raport, bo napisała tekst do „Dziennika Gazety Prawnej”, w którym znalazłem znajome argumenty. W ministerstwie finansów planowano zresztą znaczące podniesienie kosztów uzyskania przychodów dla etatowców. Ale „piątka Kaczyńskiego” zjadła wszystkie rezerwy, a Czerwińskiej już nie ma.

#publicystyka #ekonomia #socdem #neuropa #polska